Sandacz w ostatni dzień grudnia 2012. Wpis 23.

obraz jpg. zdjęcie zamarzniętej piaskowni w Mójczy, widok zachodu słońca odbitego w lodzie, przesłoniętego drzewami

Sandacz w ostatni dzień grudnia 2012.

       Zima w tym roku przyszła dość szybko, ale grubego lodu na wodzie nie ma. Tym, którzy boją się wchodzenia na zamarznięte zbiorniki, wędkowania nie polecam. Reszcie zalecam ostrożność (cieki wodne ze sporym uciągiem wody, przechodzące przez zalewy, źródła, oparzeliska). Na początku grudnia, grubość lodu wynosiła ok. 7 cm. Obecnie jest to jakieś 16 cm. Dla niektórych, nie jest to wiele, ale jeśli taki lód jest na całym zalewie, to można bez obawy po nim chodzić a nawet skakać. Mój pierwszy wypad z wędkami zakończył się niepowodzeniem. Na 7 cm lodzie i ja nie za pewnie się czuję, więc nie szarżowałem. Grudzień miałem pracowity, ale raz w tygodniu, wyskakiwałem nad wodę. Wyjątkowych efektów nie miałem, ale zawsze jakieś ryby się trafiały.

obraz jpg. zdjęcie dwóch płoci leżących na lodzie

       Kilka płoci, kilka okoni, ale mizerne, dwudziestaki. W ostatni dzień grudnia, jako wędkarski zapaleniec, pojechałem pożegnać ryby, wodę i stary rok. No bo co innego. Pogoda w świętokrzyskim bajeczna, na plusie i ze słońcem. Sama przyjemność posiedzieć, według mnie, do brań słabiutka. Wędkujących nie było, jedyny, właśnie schodził z lodu, gdy ja wchodziłem. Wędkowałem na wodzie płytkiej do 1 m, od godziny dwunastej, do wieczora. Zawsze tak łowię, ale pierwsze brania zaczynają się ok. godz. 14, więc można ciut później. Wędkuję w miejscach płytkich, bo tam wieczorem zbiera się drobna płoć i różanka. Za nimi podążają drapieżniki, więc szanse na złowienie dużych garbusów, są większe, niż gdzie indziej. Dla większości, sylwester na lodzie z wędką, to spore zboczenie, ale ja nigdy nie liczyłem się z opinią innych, a teraz mamy niby wolność i niby demokrację, więc jestem w swoim żywiole. Robię to co lubię. Woda też mnie lubi, bo w prezencie noworocznym, dała mi wymiarowego sandacza. Złowiony na mosiężną, sporą mormyszkę z naturalną ochotką.

obraz jpg. zdjęcie 54 cm sandacza leżącego na lodzie

       Miał 54 cm. Wcześniej złowiłem kilka płotek, w tym jedną, świeżo pokiereszowaną przez drapieżnika. Wiedziałem, że grasują w pobliżu, ale nie liczyłem na taki sandaczowy fart. Szczupak, mógł by uciąć i nawet bym go nie zobaczył. Hamulec miałem wyregulowany, żyłkę 0.10 mm, więc zabawa była przednia. Większe ryby ciągnę zawsze ręcznie, czyli po mocniejszym odjeździe, odkładam wędzisko, a żyłkę biorę w palce. Wyczucie ryby i żyłki palcami, jest o niebo lepsze od każdego, nawet najlepszego sprzętu, a na dodatek mogę swobodnie odsuwać żyłkę od ostrych krawędzi przerębla. Nic się nie zatnie, nic nie zablokuje, nie zamarznie, ani nie pęknie. Przeręble wybijam pierzchnią, spore średnice, więc lądowanie było spokojne (to jest właśnie przewaga pierzchni nad świdrem). Łowię dwoma wędkami, jedną na spławik z czerwonymi robakami, a drugą obok, na mormyszkę z ochotkami. Nęcę bułką tartą, pinkami i ochotką. Niewiele, tak by w pobliżu kręciła się drobnica. Łowienie białej ryby, odkładam na okres późniejszy i na głębszą wodę. Na takiej płytkiej, muszę zachowywać się bezszelestnie, co jest sporym utrudnieniem podczas dłuższych połowów i gorszej pogodzie.

Zaloguj się, aby zobaczyć.