Karp na proteinę

obraz png. widok dwóch przyponów karpiowych z proteiną nabitą bezpośrednio na haki

Karp na proteinę, inaczej.

Lepsza prezentacja na www.rybybezkitu.pl klik-klik.

Łowienie karpi na grunt zacząłem jeszcze w latach siedemdziesiątych, nęcąc gotowanymi ziemniakami, z dwoma starszymi kolegami, którzy uczyli mnie o co w tym wszystkim chodzi. Łowiliśmy nabijając miękkiego ziemniaka na kotwicę, a sprzęt i cała metoda, była identyczna, jak omawiana wyżej metoda na sandacza z sygnalizującym branie styropianem i otwartym kabłąkiem od kołowrotka. Łowisko nęciliśmy przez trzy tygodnie, zazwyczaj w czerwcu, dając czas karpiom na zrzucenie ikry. Zaczynaliśmy zasiadki od lipca. W tamtych latach niewiele osób stosowało taką taktykę. Potem, już wędkując samotnie (zazwyczaj w dzień), zakładałem ziemniaka na wędki spławikowe. Obie metody stosuję nadal, tylko kartofle zastąpiłem proteiną, a otwieranie kabłąka, kołowrotkami z wolnym biegiem szpuli.

Szukając tematu trafiłem na dziwne i nieprawdziwe, wypowiedzi na forach wędkarskich, dotyczące łowienia na proteinę i spławik, które mnie oburzyły i postanowiłem to sprostować. Od kilku lat łowię karpie tylko okazyjnie, by poczuć coś większego na kiju i powalczyć dla przyjemności. Wolę łowić sandacza, a choroba ta trwa u mnie już od ponad 30 lat i ciężko mi się z niej wyleczyć. Artykuł piszę 2 czerwca, po powrocie z nocy spędzonej nad wodą. Rozpoczęcie sezonu na pana sandacza zakończyło się złowieniem jednego malucha, który wrócił do wody, a wziął na dobrze wymiarową płoć, zaczepiając się o hak od spodu pyska.

Typowe metody połowu karpia na proteinę są wszędzie w Internecie, włącznie z dokładnymi filmami instruktażowymi, ja opiszę że można inaczej. Jak więcej będziesz umiał, to poradzisz sobie nawet w najgorszych łowiskach.

Opiszę pokrótce, typowe stanowisko karpiowe na dłuższą zasiadkę.

Na wodzie świecące markery, oddalone od brzegu na jakieś 150m, bo nikt inny tam nie dorzuci, a trafić na miejsce trzeba i nocą. Zazwyczaj dwóch wędkujących, bo ktoś podczas wywożenia musi pilnować sprzętu przed złodziejami. Namiot albo przyczepa kempingowa, fotele karpiowe, rod pod z sygnalizatorami na centralkę, węglowe karpiówki z olbrzymimi kołowrotkami, ponton zazwyczaj z silnikiem, bo na wiosłach częste wypływanie męczy, olbrzymi podbierak, maty, by karp miał komfort po złowieniu, w czasie pozowania do zdjęcia, itd.

Można inaczej, mniej uciążliwie.

Przez długie lata łowiłem tak karpie na pod kieleckiej Cedzynie. Późną wiosną wybierałem najtrudniejsze i najbardziej zasłonięte od innych wędkarzy miejsce, obowiązkowo takie w pobliżu którego nie da się postawić samochodu, w trzcinach sekatorem wycinałem sobie nowe stanowisko, z którego mogłem zarzucić wędki tylko wchodząc w gumowcach do wody. Niewiele osób decydowało się tam wędkować. Miałem miejsce na wyłączność i mogłem łowić jak mi się tylko podobało, więc sporo eksperymentowałem, by jak najciszej i bez efektów dźwiękowych przy holu i zanęcaniu, nie zdradzić swojego stanowiska. Jeszcze prościej łowić tam, gdzie jest mało wędkujących, bo nie trzeba kryć się przed innymi i cudować z wywożeniem, a karp do dobrego jedzenia przyjdzie i pod sam brzeg. Sprzęt taki jak na sandacza z wywózki, tylko żyłki cieńsze.

 Próbowałem wielu sposobów łowienia proteiną i kilka tutaj opiszę.


 

obraz png. widok gruntowych zestawów karpiowych z proteiną nabitą na hak, różne typy protein

Ciężki grunt, z proteiną nabitą bezpośrednio na haczyk. Zdjęcia wyraźne.

Kilka słów dlaczego i od kiedy ją stosuję. Nęcenie proteiną o smaku kukurydzy Tandem Baitsa, zacząłem na początku października, kilka lat temu, po informacji, że na zalewie w Cedzynie, na groch biorą większe karpie. Pierwsze zasiadki po dłuższym nęceniu nie przyniosły rezultatów, a potem weszły amury, których różnie kombinując nie mogłem zaciąć. Brań było sporo. I tak zrobił się listopad. Pamiętam dokładnie, bo to były pierwsze, moje, tak późno złowione karpie. Już wcześniej nabijałem całe proteiny, lub kawałki bezpośrednio na hak. Brania były, lecz nic tym sposobem nie złowiłem. Drugiego listopada, po pracy, autobusem dojechałem na łowisko. Robiła się już szarówka. Chcąc zmontować zestaw, zauważyłem, że w latarce padły baterie, więc dylemat, wracać czy łowić. Wybrałem to drugie. Pod uliczną latarnią zmontowałem wędki, pozakładałem 80gr ciężarki z przedłużonymi rurkami i przypony z hakami Kaizu Kamatsu nr1. Miękką proteinę, da się na nie nabić po omacku, bez światła, więc problem zniknął. Zarzuciłem wędki i jak na złość zaczęło mocno wiać i lać, a ja w pośpiechu nie wziąłem parasola. Dodam, że w elektronicznych sygnalizatorach brań mam poodcinane głośniki, a schowałem się za grube drzewo dość daleko od wędek, zza którego nie widziałem świecących diod. Znów problem, co zrobić. Najgłośniej słychać w moich kołowrotkach wolny bieg. Wcześniej budził mnie czasem, gdy przysypiałem, a karp sam się zaciął. Hamulce walki też specjalnie wyciszam. Po co inni mają słyszeć, że coś holuję. Podszedłem do wędek, mocniej ustawiłem wolne biegi i naciągnąłem żyłki tyle, ile się dało, ale tak, żeby zacięty karp ich nie zabrał. Deszcz lał w najlepsze, a ja chowałem się za pień. Po jakiejś godzinie usłyszałem jazgot wolnego biegu. Podszedłem do wędki, przekręciłem korbkę by przełączyć kołowrotek na hamulec walki (ustawiony lekko by uciekający karp nie zerwał żyłki, łowię cienko), a potem to już Pikuś. Miał ok. 5kg i na nim w tym dniu zakończyłem. Dwa podobne złowiłem 4 listopada i jeszcze jednego szóstego. Wszystkie tak jak pierwszy, wzięły na tak samo ustawione zestawy i miały od 5 do 6kg, w wadze ryb na oko rzadko się mylę. Potem przyszła zima i na tych czterech się skończyło. Wygrywających się nie zmienia, wiec i ja w następnych latach, metodę tą stosowałem często, łowiąc różne ryby, na kawałki i całe, pływające, oraz tonące proteiny, nabite na hak. Często odchodzę od wędek, by poobserwować co dzieje się na wodzie, a ta metoda jest do tego idealna. Nawet nie słysząc wolnego biegu, zdążę wrócić, zanim ryba wyciągnie 300m żyłki, gdy jest dość mocno ustawiony. Inną sprawą jest, że zużywa się szybciej. Zdarzają się też krótkie szarpnięcia i ryba się nie zacina, ale jest ich niewiele, więc trzeba sprawdzić czy nie zerwała kulki. Odchodząc od wędek zakładam styropian, więc wiem co się działo, gdy mnie nie było.

Teraz prościej.

Zarzucam taki zestaw jak na zdjęciu (lub podobny, lepiej dłuższy), z nabitą na hak proteiną, kawałkiem kija i kołowrotkiem. Kołowrotek z wolnym biegiem, ale niekoniecznie. Kij kładę na podpórkach (czasem), bezpośrednio na ziemi. Mogę mieć elektroniczne sygnalizatory, ale nie muszę. Ustawiam hamulec (lub wolny bieg) mocno, ale tak, by ciągnąc ręką żyłkę za przelotkami, to żyłka z dużym oporem się odwijała, a nie kij sunął w stronę wody. Szpulą kołowrotka (ręcznie) naciągam żyłkę do oporu. Ciężarek na dnie zostawiam nie poruszony, a żyłkę bardzo mocno napinam. Za szczytówkę zakładam nacięty kawałek styropianu. I to już wszystko. Karp zazwyczaj sam się zapina, a napięta, rozciągliwa żyłka cofa się, działając lepiej niż samo zacinający ciężarek. Co 0.5 godz. przerzucam wędkę i strzelam kilka protein. Jeśli zacięty karp ucieka, docinam bardzo lekko, przy mocnym cięciu, mogę zerwać żyłkę.

Teraz napiszę dlaczego tak, a nie metodą włosową i z całym osprzętem.

Amur nie zasysa przynęty. Zapomniałem okularów i nie poradzę sobie z włosem po ciemku. Nad wodę mogę wyskoczyć na trzy godzinki z małym plecaczkiem. Padła mi latarka. Mam dużo mniej pracy i wydatków. Wędki mogę położyć na ziemi (zapomniałem podpórek, sygnalizatora, padła bateria). Odpada nerwowa atmosfera przy każdym piknięciu swingera. Zestawy mogę przerzucać co 15 min (częstsze brania), wywożąc pontonem , nic innego bym nie robił.

Bardzo przydatny sposób na olbrzymią falę boczną. Karpie świetnie żerują w tak dobrze dotlenionej wodzie.

Są też i inne korzyści, ale jak komu wygodnie.

Można też łowić proteiną nabitą na hak, metodą spławikową.


 

obraz jpg. widok przyponu karpiowego z włosem na jednym kawałku plecionki

Przypon z włosem na karpia.

Przypon do metody włosowej na proteinę, ale także na kilka ziaren grochu, czy kukurydzy, który przygotujesz w minutę już nad wodą. Ja robię to tak.
Nie zawsze proteinę nabijam bezpośrednio na hak. Jeśli proteina jest twarda trzeba założyć ją na włos. Kilka ziaren grochu na włosie, lepiej zassie karp, niż ten sam groch nabity na haczyk. 

Włos i przypon z jednego kawałka plecionki.
Na początku, na plecionce przeznaczonej na przypon zawiązuję malutką pętelkę. Następnie, w odległości 10 cm od niej wiążę hak z oczkiem. Proste wiązanie do oczka. Hak może być z łopatką, ale zawsze sprawdzam jej ostrość, by przy mocnym holu ryby, ostra łopatka nie ucięła plecionki. Jeśli jest, to obrabiam iglakiem. Po zawiązaniu haka zostaje mi 10cm włos, który oplatam kilka razy wokół niego, w stronę grotu. Na zagięciu zawiązuję tak, by na końcu pozostała mi odpowiednia do przynęty długość włosa, na który wygodnie założę przynętę. Całość jest jeszcze na rolce, więc obcinam tyle, ile mi potrzeba. Naciągam kawałek wentyla i przywiązuję krętlik. Twardą proteinę nawiercam wiertełkiem, a wszystko co miękkie, przeszywam igłą lub szydłem do przeszywania żywca. Przypon z włosem już gotowy. Pętelkę przeciągam przez przynętę, robię z niej i włosa zaciągającą się pętlę w którą wkładam zatyczkę. Całość zaciągam, a potrzebną odległość między haczykiem a przynętą otrzymuję owijając nadmiar na kolanku. Blokuję kawałkiem wentyla. Zatyczką może być wszystko, czyli zapałka, źdźbło trawy, czy patyczek.
Oczywiście można stosować gotowe, kupione przypony karpiowe z włosem i plastykowymi zatyczkami.

obraz jpg. widok przygotowania przyponu z włosem na karpia, krok po kroku

obraz jpg. widok przygotowania przyponu z włosem na karpia, krok po kroku

 obraz jpg. widok przygotowania przyponu z włosem na karpia, krok po kroku

Dopisek po weekendzie majowym 2012.

Popularność łowienia karpi na proteinę i inne grubsze ziarna wzrasta u nas w zastraszającym tempie i cieszę się, że kilka lat temu zaprzestałem podobnych połowów a obecnie coś sobie tam kombinuję, przeważnie bez sukcesów. Ale tak lubię, nie zawsze nowinki się sprawdzają i brak ciekawych wód w pobliżu. Dopisuję kilka zdań w ramach moich spostrzeżeń z nad wody. W naszym województwie królują praktycznie same małe zbiorniki i przed majówką każdy przygotowywał sobie łowisko, by spędzić kilka dni nad wodą. Nie wiem jak u wszystkich, ale większość z którymi rozmawiałem była zawiedzona. Pogoda była przepiękna, jak na tak wczesną porę, ale parę dni wcześniej trafiały się opady śniegu z deszczem i ryby nie żerowały tak intensywnie. Wody zostały zasypane wielką ilością pokarmu i tego rybom było chyba dość. Piszę to na tej stronie, by jeszcze troszkę przybliżyć początkującym całe zagadnienie zanęcania. Nie dotyczy to łowisk specjalnych i płatnych a zwyczajnych, stale obławianych zbiorników z niewielką populacją dużych karpi, należących do PZW. Krótkotrwałe zanęcanie, czyli trzy do pięciu razy nie może dać wyśmienitych efektów choćby to była nawet najskuteczniejsza proteina. W normalnych zalewach by mieć większą ilość brań i złowionych ryb, nęcenie musi trwać długo, i nie należy w nim łowić podczas przygotowań. Ryby muszą nabrać pewności w czasie żerowania, że nic im nie grozi i pozbyć się ostrożności. Od czego ta wyjątkowa ostrożność, to było widać nad wodą. Tylu wędkarzy to ja jeszcze nie widziałem. Co roku sporo dużych karpi jest łowionych i wypuszczanych, więc coraz trudniej złowić je powtórnie. Dawniej łowienie karpi (zazwyczaj na ziemniaka) rozpoczynałem dopiero pod koniec czerwca, gdy ryby zrzuciły ikrę. Obecnie na proteinę można łowić od marca do grudnia a na wodach podgrzanych pod elektrociepłowniami, nawet cały rok. Większość sądzi, że jeżeli nie ma brań to i ryb nie ma w łowisku. Nic bardziej mylnego, ryby wybierają wszystko ostrożnie a to na haku zostawiają. Widać to często po delikatnych ruchach na sygnalizatorach. Bardzo łatwo to sprawdzić. Wystarczy wieczorem zanęcić w płytkim miejscu o dobrej widoczności dna i wstawić tam swoje zestawy. Rano sprawdzić. Jedynym sposobem jest częste przerzucanie, bo przynętą w nowym miejscu szybciej zainteresuje się ryba, dlatego zawsze łowię z brzegu. Zestaw leżący całą noc w jednym miejscu nie ma sensu i nadziei na sukces. Co do przygotowań, to na sobotni wypad można zanęcać krócej a na poważne połowy trzeba stosować poważne nęcenie. W wyjątkowych warunkach można jeden, lub dwa razy dobrze połowić bez zbytniego zachodu. Ale tak trafia się wyjątkowo rzadko, raczej na wysokiej wodzie i po dłuższym okresie psiej pogody.